Wypadki na torze na chłopski rozum

Wypadki na torze to niestety nieodłączny element sportów motocyklowych. Jednak koszmarny uraz wielkiego Tomka Golloba rozbudził dyskusję o bezpieczeństwie sportów motorowych do tego stopnia, że trafiła ona na czołówki ogólnopolskiej prasy. Niestety. Odnoszenie się do większości komentarzy wypisywanych pod publikacjami dotyczącymi wypadku jest zadaniem którego się nie podejmę. Ich poziom jest w większości wypadków niski i zdradza zerową/znikomą wiedzę o sportach motorowych oraz ich naturze.

Tym czego mi brakuje to merytoryczna dyskusja ludzi mających pojęcie o tym o czym mówią. Mam na myśli rzeczową analizę sytuacji i wyciąganie konstruktywnych wniosków, które prowadzić powinno do takich zmian w organizacji treningów i wyścigów, aby w sposób możliwy zredukować prawdopodobieństwo powtórzenia się tragicznego zdarzenia. Co tymczasem widzę w Polsce w ostatnich dniach? Dużo złej woli i jeszcze więcej ignorancji.

Czerwona książeczka

Z jakiejś przyczyny (która tak naprawdę jest mi od dawna znana, ale to temat na osobny artykuł) w czasie gdy nikt nie ma czasu albo cierpliwości, aby do opinii publicznej przebijać się z głosem rozsądku, z łatwością do tejże opinii dociera głos różnych szamanów, którzy swoimi sensacyjnymi teoriami i oderwanymi od realiów osądami próbują na swoje potrzeby wypaczać obraz rzeczywistości.

Ten sposób myślenia sięga jeszcze czasów czerwonych sztandarów, czerwonych książeczek i czerwonych pieczątek. Słaba, omylna i politycznie podejrzana jednostka nie jest przecież w stanie ogarnąć swoim rozumem konsekwencji swojego działania. Dlatego to ktoś działający pod sztandarem, mający odpowiednią książeczkę i właściwą pieczątkę powinien niedoskonałej jednostce precyzyjnie określić co i jak powinna robić. Gdzie powinna ustawić motocykl, jak powinna się ubrać, jaką pozycję powinna przyjąć w trakcie sikania, jakie powinna mieć ze sobą sztandary, jaką powinna mieć książeczkę i jakie powinny się w niej znajdować pieczątki. Im więcej przepisów i regulacji tym lepiej. Dlaczego? Towarzysze twierdzą, że to z powodu troski o niedoskonałą jednostkę i jej doczesne dobro. Jak zawsze.

Kogo należy tutaj obwinić? Zbyt śliski asfalt, opony, złe szyny, producenta motocykla czy organizatora imprezy?

Polska kontra reszta świata?

W ubiegłym roku na Torze Poznań doszło do śmiertelnego wypadku w trakcie jednego z treningów motocyklowych. Nie byłem na miejscu, dlatego ani wtedy ani teraz nie pokuszę się o jednoznaczne wskazanie winnych wypadku. Wszystkie informacje które wówczas udało mi się pozyskać wskazywały na tragiczny wypadek osoby, która na torze była pierwszy raz w życiu, która przeszacowała swoje umiejętności i która koniec końców doprowadziła do wypadku, w wyniku którego sama poniosła śmierć. W tym kierunku prowadzone było też postępowanie prokuratorskie. Co działo się wtedy w poznańskich mediach? Nagonka podkręcana przez jednego ze znanych szamanów natychmiast wskazała winnego (organizatora – rzecz jasna) i to bez specjalnego konfrontowania tego z faktami. Padały absurdalne zarzuty o braku ubezpieczania uczestników imprezy (w całym cywilizowanym świecie organizatorzy nie mają obowiązku tego robić, powinien o to zadbać uczestnik imprezy), o konieczności podpisywania zrzeczenia roszczeń wobec organizatora (co akurat jest standardem w cywilizowanym świecie). Dość powiedzieć że poznańscy „dziennikarze” wydając wyrok na organizatora nie pokusili się nawet o poznanie wersji zdarzeń organizatora… Dodam, że nie jestem fanem tego co dzieje się w AW. Moje zdanie o działaniach tej organizacji jest sceptyczne, a często krytyczne. Ale czy to wina AW, że przez lata miał jedyny sensowny tor i był siłą rzeczy monopolistą? Czy można obwiniać AW za każdy wypadek do którego dochodzi na jego obiekcie bez wnikania w przyczyny? Która perspektywa jest bliższa prawdzie? Ta która dostrzega człowieka zabitego w wypadku w czasie treningu na torze, czy ta która widzi dziesiątki tych, którzy nie zginęli na ulicy, bo przenieśli się na tor?

To samo zobaczyłem w wypowiedziach pożal się Boże ekspertów po wypadku Golloba. Że drzewa na torze za blisko, że kołki źle wkopane, że gumki mogły spaść, że za mało ekspertów ze sztandarami, książeczkami i pieczątkami. No i szyny były złe, a podwozie też było złe.

Nieco wcześniej w wypadku w Hiszpanii na torze w Walencji doszło do innego wypadku. W jego wyniku zginął niestety jeden z moich znajomych. Przewrócił się na jednym z zakrętów i został uderzony przez innego zawodnika. Na miejsce przyjechał prokurator, zapoznał się z sytuacją i po godzinie zamknął sprawę uznając wydarzenie, za nieszczęśliwy wypadek. Hiszpański prokurator wiedział bowiem jedną rzecz, której zdaje się nie rozumieć wielu ludzi w Polce.

Sporty motocyklowe są niebezpieczne

Właśnie tą tajemną wiedzę posiadał prokurator z Walencji. Pasjonaci sportów motorowych ponosili, ponoszą i będą ponosić śmierć w konsekwencji treningów i wyścigów na torach całego świata. Dzieje się tak bardzo rzadko, bo ściganie się na torze jest nieporównywalnie bezpieczniejsze niż wyścigi na ulicach, ale nie jesteśmy w stanie tego uniknąć. To niestety realia sportów motorowych w Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych oraz w Polsce i innych miejscach gdzie takie sporty się uprawia. Przybywa nam obiektów sportowych, przybywało będzie również niebezpiecznych zdarzeń na ich terenie. Wypadki na torze zdarzają się wszędzie, w tym na najlepszych obiektach klasy Grand Prix. Zawodnicy giną w trakcie najlepiej zabezpieczanych imprez światowego kalibru i nie zmieni tego ani najnowsza elektronika, ani technologia D-Air. Wspomniany znajomy zginął w Walencji pomimo najlepszych wybiegów żwirowych, znakomitych wirażowych, doświadczonych medyków i całej infrastruktury utrzymywanej na najwyższym światowym poziomie. Gdy trafia cię inny zawodnik, albo wpada na ciebie motocykl wystrzelony w powietrze high sidem nie ma żadnego znaczenia czy jesteś w Kownie na Nemuno Žiedas, czy na Losail w Katarze. Nie ma też znaczenia jaką książeczkę i z jakimi pieczątkami mają wirażowi, albo obsługa ambulansu.

Głośny wypadek z Kalifornii, gdzie na torze Laguna Seca, obiekcie klasy Grand Prix śmierć w wypadku poniosło dwóch hiszpańskich motocyklistów.

Nie twierdzę, że nieuchronność wypadków powinna sprawiać, że do kwestii bezpieczeństwa możemy podchodzić lekceważąco. Wręcz przeciwnie. Mając świadomość nieuchronności wypadków powinniśmy się jak najlepiej przygotowywać na ich ewentualność. Ktoś kto siada na motocykl i wyjeżdża na tor sam powinien być najbardziej zainteresowany w bezpiecznym przebiegu wyścigu czy treningu. Mówię tutaj zarówno o przygotowaniu siebie samego, wyposażenia ochronnego i przygotowania motocykla, ale także oczekiwań stawianych wobec organizatora.Uważasz, że nie jest bezpiecznie? Nie jedź. Gdy w roku 2010 zobaczyłem słynny już tymczasowy tor na lotnisku w Modlinie, po prostu zrezygnowałem ze startu w tamtej rundzie. Po dziś dzień uważam że to była słuszna decyzja. Żadna czerwona książeczka i żadna pieczątka nie powinna zastępować zdroworozsądkowego spojrzenia na sytuację.

A co z błędem zawodnika?

Zakończę te przemyślenia tam gdzie je zacząłem, czyli przy sprawie Tomasza Golloba. Tomasz Gollob to jeden z najwybitniejszych specjalistów od sportów motocyklowych w naszym kraju. Jeśli on jechał na tej trasie, to znaczy, że była przygotowana dostatecznie dobrze. Kto jak kto, ale Tomasz potrafi ocenić stan toru, szczególnie że zanim zaczął odnosić sukcesy na żużlu zrobił tytuł Mistrza Polski w MX. Zresztą nikt z obecnych na torze zawodników, czy nawet ludzie z otoczenia Golloba nie kwestionowali stanu przygotowania obiektu. A może to był po prostu błąd zawodnika? Przecież nawet najlepsi popełniają błędy! Trzeba skrajnie złej woli, albo patologicznej ignorancji, aby obwiniać organizatora za wypadek, w sytuacji gdy nie było się na torze, gdy nie zna się szczegółów wypadku i gdy motocross nie jest najmocniejszą dyscypliną komentującego.

Życzę nam wszystkim, aby z wypadku Golloba udało się wyciągnąć właściwe wnioski, które pomogą uniknąć powtórki takiego zdarzenia w przeszłości. Boję się jednie, że polowanie na czarownice rozkręcane przez szamanów poprowadzi dyskusję daleko poza merytoryczne obszary. No i nam wszystkim życzę bezpiecznego sezonu, a Tomaszowi Gollobowi pełnego powrotu do zdrowia!

Napisane przez

Moja przygoda z motocyklami cały czas meandruje. Dzięki temu miałem okazję ścigać się w wyścigach drogowych i brać udział w imprezach hard enduro. Kilka rzeczy pozostaje niezmiennych. Dwie najważniejsze z nich, to wiara w to, że w jeździe na dwóch kołach wciąż najbardziej istotny jest człowiek, a nie maszyna i technologia oraz fakt, że polski rynek potrzebuje porządnego motocyklowego on-line magazynu.

Możesz polubić również:

  • Aga Ruda

    No cóż, żyjemy w kraju, gdzie każdy jest nauczycielem, lekarzem i mechanikiem. A teraz okazuje się, że także ekspertem od sportów motorowych. Ja się boję tylko jednego: że wzrost ilości obiektów i dostępności maszyn, a więc wzrost popularności sportów motorowych pociągając za sobą wzrost liczby wypadków (czysta statystyka), nasili i tak już dużą wrogość wobec tego sportu. A konsekwencją tego może być zamykanie obiektów, które przecież służą poprawie bezpieczeństwa użytkowników dwóch kółek…. Ale co zrobić – taki mamy klimat.