W imię wzrostów sprzedaży…

Co jakiś czas w publiczną przestrzeń wypływają idiotyczne pomysły szkodliwe dla przeciętnego obywatela. Liderami w rankingu na najbardziej idiotyczne pomysły są rzecz jasna politycy, którzy nawet najgłupszych i najbardziej szkodliwych wymysłów będą bronić do upadłego. Czy dlatego, że politycy są głupi? Niekoniecznie. Po prostu czasem coś trzeba sprzedać, co oznacza że kogoś trzeba mniej lub bardziej elegancko przymusić do zakupu.

Ktoś ma silną potrzebę rozruszania sprzedaży gazowych pieców CO, zatem rozkręca się aferę ze smogiem, ktoś potrzebuje pozbyć się starych wiatraków, zatem organizuje się protesty bojowników walczących ze spalaniem węgla, trzeba zyskać dostęp do nowych działek budowalnych, więc luzuje się przepisy o wycinaniu na nich drzew. Potrzeba podnieść podatki, to na tapetę bierze się dopalacze, albo matkę Madzi. I tak przykłady można by mnożyć. Politycy, „specjaliści” i media ramię w ramię piorą medialną tarą mózg Kowalskiego, który z czasem musi dojść do wniosku, że to wszystko w jego interesie.

A gdzie są liczby? Gdzie są fakty? Pokaże Wam jak lobbing kształtujący antyspołeczne prawo działa na naszym motoryzacyjnym podwórku. Ostatnio polska branża motoryzacyjna szuka usilnie sposobów jak wcisnąć nam więcej aut. Czytam zatem wypowiedzi kolejnego eksperta:

„Do kupowania nowszych samochodów można zachęcić chociażby przez wprowadzenie podatku uzależnionego na przykład od parametrów ekologicznych pojazdu” – mówi PAP prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego Jakub Faryś. „Spowoduje to, że po pierwsze, będziemy mieli na pewno czystsze powietrze, będzie bezpieczniej na drogach i wreszcie będą większe wpływy do budżetu”.

Oczywiście! Prezes zapomniał, że transport kołowy generuje zaledwie 15% spalin, że nowe samochody mają takie samo zużycie paliwa jak te starsze, oraz że… nie ma jednoznacznego związku pomiędzy wiekiem pojazdów, a poziomem bezpieczeństwa na drogach. Według policyjnych statystyk problem są zachowania kierowców, a nie stan techniczny pojazdów którymi się poruszamy.

Dlatego trzeba przedsięwziąć takie działania, które spowodują, że ta proporcja między samochodami używanymi a nowymi zmieni się w Polsce na korzyść nowych. Jak mówi, w tej chwili rejestrowanych rocznie jest około 600-700 tys. samochodów używanych i około 400 tys. nowych. „Zmiana proporcji o 100 tys. z całą pewnością nie zablokuje mobilności osób mniej zamożnych” – ocenia.

Uwielbiam ludzi, którzy bezrefleksyjnie uzurpują sobie prawo do decydowania jak inni mają wydawać swoje własne pieniądze. Problemem polskich kierowców nie jest to, że nie widzą potrzeby kupowania nowszych pojazdów, tylko że ich na to nie stać. Traktowanie Polaków jak idiotów (a w mojej ocenie takie wypowiedzi dowodzą, że prezes Frayś uważa nas za idiotów) nie zmienią w tym kraju składu powietrza w miastach.

„Oczywiście nie można tego zrobić tylko zakazami, bo te na ogół nie działają, dlatego że kreatywność pozwala je obchodzić” – uważa Jakub Faryś. Jego zdaniem konieczne są takie rozwiązania, które będą zachęcały do kupowania nowych samochodów, bo będzie to „finansowo przyjaźniejsze”.

Ta błyskotliwa myśl nie wymaga chyba obszerniejszego komentarza. Prezes PZPM nie chce operować zakazami i mówi o przyjaźniejszych rozwiązaniach, aby w kolejnym zdaniu już bez owijania w bawełnę jechać z propozycjami dodatkowych podatków. A jak wiadomo podatki są bardzo przyjaznym i zachęcającym rozwiązaniem…

„Wprowadzenie na przykład podatku, który byłby nie jak dziś uzależniony od wartości samochodu, ale uzależniony byłby od parametrów ekologicznych, czy też na przykład od pojemności silnika”.

Ostatnia afera Volkswagena (a także podobne działania innych koncernów naciągających wyniki pomiarów spalin) pokazała jak mocno branża motoryzacyjna ma w sercu ekologię. I nie łudźcie się, że prezesowi PZPM chodzi o młodsze samochody. „Przyjazne podatki” którym chce was potraktować nasz specjalista uderzą w kilku – kilkunastoletnie pojazdy, które stanowią trzon sprowadzanych do nas samochodów. A zapewne również i motocykli. Czy jestem fanem ściągania do Polski używanych samochodów? Nie. Ale jestem jeszcze większym przeciwnikiem wtykania polityków i lobbystów nosa w naszą codzienność.

„Dziś, kiedy mamy po pierwsze ograniczenia szybkości, po drugie, kiedy w coraz większej liczbie miast mamy powietrze, które jest zanieczyszczone, tego typu myślenie byłoby bardzo rozsądne i pożądane”.

Problem w tym, że to o czym mówi prezes PZPM to nie myślenie tylko demagogia. Ostatnio Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem na zlecenie rządu Szwecji oraz Szwedzkiej Agencji Energetycznej przeprowadził badania na temat wpływu, jaki na środowisko wywiera proces produkcji baterii litowo-jonowych, które są używane w uchodzących za ekologiczne samochodach elektrycznych. Wyniki tych badań są co najmniej zaskakujące.

Mats-Ola Larsson z Szwedzkiego Instytutu Badań nad Środowiskiem wyliczył, że aby przy użyciu współczesnej technologii wyprodukować baterię do elektrycznego Nissana Leafa, trzeba najpierw wyemitować do atmosfery ilość CO2, którą można porównać z ilością CO2 wyemitowaną w trakcie użytkowania samochodu spalinowego z silnikiem diesla przez 2 lata i 9 miesięcy. Jeszcze więcej dwutlenku węgla ma powstawać w trakcie produkcji baterii do popularnej Tesli. Zgodnie z wyliczeniami Larssona ilość CO2 jest w tym przypadku zbliżona do emisji, jakie powstają przez ponad 8 lat użytkowania auta z silnikiem spalinowym diesla! Zupełnie osobna kwestią pozostaje fakt, że większość energii służącej do napędu aut elektrycznych pochodzi… ze spalania węgla w klasycznych elektrowniach węglowych.

Powyższe wyliczenia – zakładając, że zostały one przez Szwedzki Instytut Badań nad Środowiskiem przeprowadzone rzetelnie – to kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy ekologów zafiksowanych na punkcie samochodów elektrycznych. Jak widać moda na bycie „eko” ma więcej wspólnego z modą, tudzież aktywnością lobbystów, niż z ekologią. Dobrze byłoby, aby każdy miał tego świadomość.

Wychodzi więc na to, że najbardziej ekologicznym pojazdem jest Mercedes W124, albo Honda CB750. Taka maszyna wyprodukowana raz może być eksploatowana przez 30-40 lat, a do jej stworzenia nie trzeba wydobywać metali ziem rzadkich, transportować komponentów po całym świecie, itd.

Zresztą rozumując tokiem dedukcji pana Farysia można dojść do wielu wniosków, a właściwie do dowolnego. Np. że w Polsce mamy nadprodukcję żywności i że zbyt dużo jemy oraz zbyt dużo żywności wyrzucamy do kosza. A suche dane wskazują, że Polacy mają słabą kondycję fizyczną i wielu z nich ma problemy z układem krążenia.

I teraz wyobraźcie sobie prezesa Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego Jakuba Farysia, gdy idę do jego domu, układam mu plan żywieniowy na cały rok do przodu i narzucam reżim treningowy, wszystko oczywiście z myślą o jego zdrowiu. Nie ma związku z innymi? Oczywiście że ma, bo inni nie muszą wtedy płacić na leczenia pana Farysia, gdy ten przyjdzie do szpitala z zaawansowaną miażdżycą.

Oczywiście gdybym z takim planem wpadł do domu pana prezesa, zarówno on jak i świadkowie moich propozycji popatrzyliby na mnie jak na idiotę i poprosili abym wyszedł. Tymczasem prezes Faryś oczekuje, że gdy on podobne knuje pod kątem naszego codziennego korzystania z naszych pojazdów, wszyscy mają słuchać z atencją i traktować go jako specjalistę.

A wszystko w imię wzrostów sprzedaży zachodnich koncernów…

Napisane przez

Moja przygoda z motocyklami cały czas meandruje. Dzięki temu miałem okazję ścigać się w wyścigach drogowych i brać udział w imprezach hard enduro. Kilka rzeczy pozostaje niezmiennych. Dwie najważniejsze z nich, to wiara w to, że w jeździe na dwóch kołach wciąż najbardziej istotny jest człowiek, a nie maszyna i technologia oraz fakt, że polski rynek potrzebuje porządnego motocyklowego on-line magazynu.

Możesz polubić również:

  • Michał Mikulski

    Sposób myślenia w/w pana Farysia idzie w parze z innymi „kreatywnymi” pomysłami polityków na całym świecie. Hongbing dość dawno pisał ws. „podatku C02”. Bo kto będzie polemizował z „ochroną środowiska”?