Valentino Rossi – szacunek należny jak psu kość

Nie jest wielką tajemnicą, że Valentino Rossi nie jest moim ulubieńcem. Śledzę motocyklowe Grand Prix od lat i kilka faktów pozostaje dla mnie bezspornych. Legendarny status Vale to efekt zarówno jego talentu i bezdyskusyjnych umiejętności, jak również korzystnych dla niego zbiegów okoliczności. Faktem jest, że Włoch trafiał w ostatnich latach na rywali, których był w stanie rozgrywać, lub mówiąc wprost – niszczyć psychicznie. Nie musiał równać się z takimi gigantami jak Rainey, Schwantz, o Doohanie nie wspominając. Długa lista najbardziej tylko znanych opinii publicznej rywali wyprowadzonych z równowagi zagrywkami na torze (i poza nim) to Sete Gibernau, Max Biaggi, Casey Stoner, a ostatnio także Jorge Lorenzo…

Wiem, że zwalczanie i gnębienie psychiczne rywali to część tego sportu i zaczyna się ono zanim jeszcze odpalone zostaną silniki. Nie zmienia to faktu, że mojej opinii o Rossim jako o sportowcu to nie poprawia, a Włoch jest arcymistrzem psychologicznych gierek. A może w sumie był ich arcymistrzem? Z czasem bowiem musiał pojawić się ktoś z charakterem, kto będzie w stanie adekwatnie zareagować na zaczepki.

Tak, mam na myśli Marqueza. Oczywiście Maverick Vinales również pretenduje do grona młodych wilków, ale to jeszcze nie ten poziom pewności siebie, jaki prezentuje Marc. Pamiętacie słynną rundę w Australii w 2015, a potem starcie tytanów na Sepang? Rossi dostał wtedy potężnego prztyczka w nos, nawet jeśli to Marc leżał tamtego dnia na deskach. Od tego pamiętnego wydarzenia boski Vale nie pogrywa już sobie z Marquezem, nawet jeśli widownia stoi za nim murem.

Ten przydługi wstęp wyrazić miał dlaczego nie lubię Valentino Rossiego. Ale jeszcze więcej chciałbym napisać na temat tego, dlaczego wyjątkowo szanuję go jako sportowca.

Kilka powodów jest absolutnie oczywistych i nie wymaga specjalnego rozwijania. Włoch jest na topie MotoGP mając 38 lat i skutecznie odpiera ataki młodych wilków, nadal licząc się w walce o tytuł! Dziewięć razy został mistrzem świata. Ponad 300 razy stawał na starcie wyścigu Grand Prix. Jest bodajże ostatnim zawodnikiem w stawce, który ścigał się na 500-tkach…

Vale przyciąga do sportu motocyklowego gigantyczne zainteresowanie mediów i kibiców na torach. Mam świadomość, że to jest część budowania własnej marki i legendy, ale nic nie reklamuje sportu tak skutecznie jak gwiazdy formatu Rossiego. Gdy Włoch złamał nogę na Mugello, rundy na których pauzował zaliczyły 30% spadek oglądalności… Swego czasu po sieci krążyły memy ukazujące #MM93 z podpisem „Jestem Mistrzem Świata MotoGP”, a pod nim wizerunek #VR46 z podpisem „A ja jestem MotoGP”. I bardzo dużo w nich prawdy.

Valentino Rossi jest znakomitym motocyklistą. To wcale nie jest jednoznaczne z byciem gwiazdą. On po prostu wspaniale jeździ motocyklem, jest wirtuozem dwóch kółek, za czym stoi nie tylko wrodzony talent, ale też gigantyczny wysiłek włożony w naukę i niekończące się treningi. Oglądanie Rossiego jadącego na motocyklu to jak podziwianie gwiazdy baletu. Każdy ruch to sztuka w czystej postaci. A przecież bycie wspaniałym motocyklistą nie oznacza bycia z automatu bożyszczem tłumów i gwiazdą pokroju Włocha. Casey Stoner moim zdaniem jeździ lepiej od Vale, ale jak wiemy w temacie bycia gwiazdą nie może równać się z Rossim. Z drugiej strony można też wygrywać wyścigi w MotoGP, a wcale nie być kosmicznie w tym dobrym. Cal Cruthlow jest chyba tej prawdy znakomitą ilustracją. Zatem Rossi jest gościem, który ma to wszystko – wirtuoz motocykla, który jest gwiazdą, a na naszych oczach staje się legendą…

No i ta runda w Aragonii. To ona ilustruje dlaczego tak bardzo szanuję Rossiego. Tylko ktoś o mentalności i charakterze Vale potrafiłby zmotywować się do tego, aby pojechać w wyścigu Grand Prix zaraz po skomplikowanym złamaniu nogi. Oczywiście Włochowi pomogły najnowsze zdobycie medycyny i tytanowy pręt w kości piszczelowej. To oczywiste, że miał on opiekę medyczną i rehabilitację na poziomie, które dla zwykłego śmiertelnika pozostają niedostępne. Ale jednocześnie należy pamiętać, że normalny śmiertelnik w jego wieku chodziłby w gipsie 8 tygodni, a następnie kilka tygodni by się rehabilitował. Ale nie Rossi.

Potrzeba ogromnej siły woli i samozaparcia, aby narzucić sobie żelazną dyscyplinę w trakcie leczenia i rehabilitacji i aby przezwyciężyć ból, którego nie da się zagłuszyć najmocniejszymi nawet środkami przeciwbólowymi. Do tego wszystkiego mając świadomość, że w chwili gdy staniesz na starcie – nikt nie da Ci żadnej taryfy ulgowej, choćby nawet twoja noga odpadła w trakcie jazdy. Rossi poradził sobie jednak z tym wszystkim i w Aragonii walczył o podium…

Rzecz jasna #VR46 to marka rozpoznawalna na całym świecie. Nikt nie ma lepszej świadomości tego faktu, niż sam Valentino Rossi. Nie odkryję Ameryki, że akcja taka jak w Aragonii wartość tej marki podbije, podobnie jak wizerunek Lorenzo znacznie się ocieplił, gdy Hiszpan wystartował w Assen z połamanym dwa dni wcześniej obojczykiem wprawiając wszystkich w osłupienie. To wszystko przekłada się na sprzedaż gadżetów, wartość kontraktów sponsorskich, itd. Sztab ludzi wokół Rossiego zapewne potrafiłby wszystko to rozpisać na wykresach i podać w konkretnych kwotach… I od razu mówię, że się nie czepiam. To właśnie praca takich sportowców jak Valentino Rossi.

Teraz z niedowierzaniem na Doctora patrzyli wszyscy, z zawodnikami włącznie. Szczególnie tymi zawodnikami, którzy kontuzjowanego Włocha nie mogli dogonić. Tak sprawę skomentował Marquez:

„Już samo to, że pojawił się na torze było niesamowite, a on ukończył wyścig zaledwie pół sekundy za Vinalesem. Jego kontuzja jeszcze się nie zagoiła, ale to jego talent uczynił różnicę”.

Można Rossiego nie lubić i pewnie znajdzie się ku temu wiele powodów. Niemniej jednak Marquez ma rację. To talent Vale robi różnicę. Gdy inni lizaliby rany, Włoch rusza do ataku. I walczy w czołówce wyścigu inspirując innych. A za to szacunek należy mu się jak psu kość.

Napisane przez

Moja przygoda z motocyklami cały czas meandruje. Dzięki temu miałem okazję ścigać się w wyścigach drogowych i brać udział w imprezach hard enduro. Kilka rzeczy pozostaje niezmiennych. Dwie najważniejsze z nich, to wiara w to, że w jeździe na dwóch kołach wciąż najbardziej istotny jest człowiek, a nie maszyna i technologia oraz fakt, że polski rynek potrzebuje porządnego motocyklowego on-line magazynu.

Możesz polubić również: